poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Były sobie lisy dwa... Razy dwa

Pierwszy udokumentowany wypad dwóch nie tak znowu starych zgredów

                                                Takie tam widoczki 

    Nie samymi wypadami z dziewczyną człowiek żyje. Razem z kolegą z pracy postanowiliśmy w końcu ruszyć zmurszałe pupska, aby przypomnieć sobie jak to jest być prawdziwym buschcrafterem, postrachem lasu, największym sukinsynem w tej zapomnianej przez boga dolinie. Może nie wszystko wyszło po naszej myśli, zwłaszcza to ostatnie, ale sam wypad obaj będziemy wspominać przez ładnych parę lat. Gdybyśmy jednak zapomnieli - to oto jego zapis, nie tylko dla nas lub potomnych, ale każdego amatora spania w lesie. 

 

        ALE W LESIE W POLSCE SPAĆ NIE WOLNO!

     Prawda to i nie prawda. Pewnie jak grzybiarza sen zmorzy po owocnym ,,zbieraniu" to kimnąć na trawce nikt mu nie zabroni. Kleszcze to się nawet ucieszą. Nie wolno w lesie biwakować ani wzniecać ognia w żadnej postaci oprócz w miejscach do tego przeznaczonych. Jednak właśnie trwa pilotażowy program Lasów Państwowych, który ma za zadanie poczynić pierwsze kroki w sprawie dialogu między jakże dumnie brzmiącymi survivalovcami, a Lasami Państwowymi, które udostępniły pewne obszary lasów do swobodnego biwakowania - warunki są właściwie dwa: nadal nie rozniecamy ognia, ani zostawiamy syfu. Jak jest - wiadomo, nie ma to jak własnoręcznie upolowana w dyskoncie kiełba z ogniskowego ognia. Wskazówką jest dla mnie wypowiedź Pana Zdobka z kanału youtube Echa Leśne - powiedział kiedyś - jak dla mnie nie ma problemu, jeśli na drugi dzień po buschcrafterze na drugi dzień nie ma śladu. A jeżeli ślady są - to jest dupa nie buschrafter.                                                                        

 

                         Obszary dostępne do biwakowania. Te pomarańczowe, jakby co.

 

    Razem z kolegą wybraliśmy obszar podobny do trójkąta bermudzkiego, rozciągający się między Wyspowem, Zbychowem a Wejherowem. Mieści się on także na obszarze Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, więc widoczki na całej trasie były więcej niż przepiękne, do tego stopnia, że nie zrobiłem żadnych zdjęć. Przed wyruszeniem w drogę nie tylko trzeba zebrać drużynę, ale także poinformować właściwego człowieka z Lasów Państwowych, aby wskazać miejsce, w którym będziemy spać oraz ile osób będzie w danym przedsięwzięciu uczestniczyć (ważne, że nie więcej niż w cztery i nie mniej niż jedna :P). Droga na wskazane miejsce ze stacji Wejherowo Śmiechowo nie zajmuje dłużej, niż dwie i pół godzinki bardzo wolnego, krajopoznawczego marszu. Pytanie, gdzie się rozbić? Po kilkunastu minutach kręcenia się jak bączki po okolicznych krzaczorach, dostrzegłem nietypową regularność pni między drzewami, która nagle okazała się...

 

                                                                ...bramą do Mordoru!

     Ktoś postanowił tuż obok pola wybudować takie oto schronisko z pali. Jeżeli to kiedykolwiek przeczytasz - dzięki Ci, dobry człowieku. Dałeś schronienie dwóm lisom, którzy nie mogli przepuścić takiej okazji i nie zacumować w tak niesamowitym miejscu (zaopatrzonym nawet w wyjście ewakuacyjne!) Tutaj muszę wyjaśnić, że jeśli miałbym mieć jakiekolwiek totemiczne zwierzę, to wraz z przyjaciółmi przyjęliśmy na jego miano lisa. Ochrzciliśmy tak nazwę naszej grupy i stąd także nazwa bloga jak i tytuł powyższego wpisu. ,,Były sobie lisy dwa... Razy dwa" - o co chodzi z drugim członem? Ponieważ gdy już rozwiesiliśmy nasze hamaki (preferujemy tę formę biwakowania) i zrobiliśmy sobie kawkę na gazowym palniku, postanowiliśmy rozpalić małe ognisko (maluczkie, naprawdę) aby kolokwialnie rzec ujmując - opierdzielić coś na ciepło. Wydarzenia następnych godzin są trudne do uwierzenia i jeśli nie masz na ścianie plakatu z UFO i podpisem ,,I Want to Belive" to może się wydawać trudna do uwierzenia. Oto stenograficzny zapis tych mrożących krew w żyłach wydarzeń:

- Ioouaaau... Ouuaaaiuuu 

- Słyszałeś to? 

 - Myślałem że ci w brzuchu burczy... 

- Aiiiuuuoo... Ouououaaaai

    Odwróciliśmy się, widząc za sobą dobrze znane sterczące uszy, rudą, zakończoną białym pędzlem kitę. Nasz totemiczne zwierzę odwiedziło nas, to był jak znak od przodków. Jego mina i poza wyrażała raczej ,,podkradłem się, aby zwinąć wam kiełbasę, ale mnie nakryliście... głupio wyszło nie?". Popatrzyliśmy sobie w oczy przez chwilę z odległości zaledwie kilku metrów. W pewnej chwili zaniepokoiliśmy się, ponieważ lis mimo, że go zauważyliśmy nie cofa się, a wręcz stawia kolejne kroki w kierunku ogniska. Po chwili jednak uznał, że znajomość z nami nie jest tak fascynująca i oddalił się. 

     Nie na długo... 

 

                                                                      This is my bed tonight

 

    Zaledwie godzinę później skubaniec pojawił się ponownie. I tutaj są dwie wersje - Jerzy jest przekonany, że jestem ślepy jak kret, lis był tylko jeden i to, co widziałem to balon meteorologiczny. Jeżeli tak, to pierwszy raz widziałem balon z lisią kitą 0 metrów n.p.m. To był lis, stojący na skraju lasu. Ruszyliśmy kilka kroków, by mu się bliżej przyjrzeć, gdy usłyszeliśmy w miejscu, gdzie dokonane zostało powyższe zdjęcie, charakterystyczny brzdęk metalowych naczyń. Były tam tylko nasze kubki po kawie oraz hamaki, ale instynkt kazał nam biec w te pędy, ponieważ COŚ się stało. Reszta wydarzeń potoczyła się błyskawicznie. Wybiegając zza naszego schronienia, zauważyliśmy tylko kolejnego przedstawiciela (od dziś uznawanego przeze mnie za sprytniejszego od delfinów) przedstawiciela gatunku Liseus Skurvielus, wesoło uciekającego z jaskrawozielonym szybkoschnącym (i drogim) ręcznikiem. Jerzy próbował jeszcze pościgu, ale był przegrany na starcie. 

    Tak, padliśmy ofiarą dywersji dwóch rudych zawadiaków. Inna teoria mówi, tylko o jednym lisie, ale równie dobrze 5G wywołuje impotencję umysłową. Wyrolowały nas jak się patrzy, ale dziś jesteśmy przekonani, że tak miało być, a lis zrobił użytek z ręcznika i dobrze będzie mu służył.

Ps. Wisisz Jerzemu cztery dychy! 

 

    Reszta nocy przebiegła spokojnie i już mniej więcej o ósmej rano następnego dnia byliśmy w domach. Kolejne przygody czekają na przeżycie. 

 

                                                                    Leśni chuligani!

niedziela, 26 lipca 2020

Pierwsza taka podróż - Mechelinki

Mechelinki

Klif w Mechelinkach

    Cześć! Jesteśmy Adam i Maksymiliana. Zaczęliśmy spisywać nasze podróże w formie bloga i zdjęć i postanowiliśmy, że podzielimy się swoimi trasami oraz przygodami z innymi podróżnikami. Preferujemy rowery, ale zdarzają się także podróże pociągiem. Zwiedzamy Pomorze na którym mieszkamy i szukamy mniej znanych w mainstreamie miejsc, które można zwiedzić. Ja, czyli Adam, także biwakuję i też będą się pojawiać tutaj relacje z moich samotnych wypraw. Zapraszam do czytania!

    Na pierwszy ogień postanowiliśmy się wybrać na klif w Mechelinkach, małej nadmorskiej miejscowości liczącej sobie zaledwie trzystu stałych mieszkańców (choć w sezonie liczba ta wzrasta zapewne kilkukrotnie). Będąc tam rok temu urzekła mnie przede wszystkim pustota nawet w środku sezonu. Kiedy w nieopodal leżącej Rewie nie można było znaleźć kilku ziaren piasku dla siebie, tak w Mechelinkach czekał na mnie niemal pusty pas plaży. W tym roku pojechaliśmy tam z Max, mając nadzieję na podobne wrażenia.

12 marca

    Swoją podróż zaczęliśmy ze stacji Wejherowo Śmiechowo, mając na względzie bliskość zamieszkania, ale jak najbardziej zachęcamy do wycieczki choćby pociągiem SKM, ponieważ nie tylko cel jest ważny, ale także droga, która ma być zarówno urokliwa jak i bezpieczna dla rowerzystów. Z Wejherowa do Mechelinek mamy dwadzieścia kilometrów w jedną stronę i przez cały ten czas praktycznie nie stykamy się z drogą uczęszczaną przez samochody. Ważne, aby ustawić nawigację, aby poprowadziła nas przez ulice 12 marca (jedyny etap przez las, gdzie jedziemy razem z autami).

Tędy ciśniemy

    Jak już wspomniałem, zależny nam także na ciekawej trasie do celu, a wydaje mi się, że podana tutaj jest chyba najciekawszą i dostarczającą najwięcej wrażeń. Bez trudu poradzi sobie z nią początkujący amator roweru lub dziecko. Jednym trasa zajmie więcej, innym mniej. Nam zajęło to około dwóch godzin z kilkoma przerwami na picie, jadąc naprawdę spokojnym tempem. Po etapie 12 marca musimy przejechać kawałek przez Redę,na szczęście jest całkiem wygodna ścieżka rowerowa. Zaraz potem wyjeżdżamy z miasta i zagłębiamy się w świat rowerowych przygód.

Widoczki naprawdę niczego sobie

    Teraz czeka nas kilka kilometrów po niezbyt wygodnych betonowych płytach, ale niekiedy obok nich pojawia się żwirowana ścieżka, która jedzie się nieco wygodniej. Jak widać, pogoda dopisała i na niebie tylko nieliczne chmurki pozdrawiały nas w trasie, a przyjemne ciepło grzało w plecy. Żyć, nie zdychać. I jedziemy tak sobie, aż na horyzoncie pojawi się duży uskok w wzgórzu i drogę przetnie nam asfaltowa ścieżka rowerowa, która jest najwygodniejszym etapem trasy. Można się albo rozkoszować widoczkami, albo przejechać następnych kilka kilometrów ,,na pełnym bucie". Dla nas dodatkową atrakcją był niezaplanowany pokaz akrobatycznego pilotowania samolotu zaledwie kilkaset metrów od nas. Ktoś chyba ćwiczył, pozdrawiamy serdecznie, bo pokaz był nieziemski. Korkociągi, beczki, pikowanie, brum brum wrum wrum. Miód na oczy. Pozdrowienia dla pilota. Dodatkowo warto się rozglądać, ponieważ po polach biegają lisy, patroni naszego bloga.

Gdzieś tam jest cel podróży


Ścieżka potrafi być tłoczna, ale jak widać nie zawsze

    Niestety, tak wygodna droga kończy się zdecydowanie za szybko. Potem znów czekają nas betonowe, nierówne podkłady, które będą się ciągnąć aż do Mechelinek. W dodatku droga jest po bokach bardzo zarośnięta, co ma swój urok, jeśli lubimy żreć garściami owady i świata poza nimi nie widzimy. Nie popełnijcie naszego błędu i zaopatrzcie się w okulary. Trzeba przetrwać ten odcinek, twardym trza być, nie miętkim. Ale w nagrodę w niedługim czasie dojeżdżamy do drogi, gdzie chodnikiem podzielonym na pół możemy dojechać już do samego serca miejscowości. Bywa ciasno, więc zalecam ostrożność. Właściwie gdy dojedziemy do ulicy możemy albo skręcić do Rewy lub na Mechelinki. Ja za Rewą lekko ujmując nie przepadam przez bardzo duży tłok porównywalny z najbardziej obleganymi trójmiejskimi plażami. No i sinic też nie lubię. Dużo rzeczy nie lubię. Dlatego jadę tam, gdzie jadę.

Zdjęcie zajumane z googli, ale w rzeczywistości jest podobnie...

... A nawet lepiej!
Piękna pogoda, jeszcze piękniejsza dziewczyna i piwko na klifie, czego chcieć więcej? Czteropak dla tego, kto znajdzie miejsce ze zdjęcia!

       Przede wszystkim polecamy zajrzeć na klif, który przewija się w zdjęciach z tej wyprawy. Dojście jest łatwe, choć żeby podjechać rowerem, trzeba mieć nogi ze stali. My mieliśmy z ołowiu, więc je prowadziliśmy. Za to na górze zaledwie trzy samochody, w tym dwa kampery, jeden z namiotem na dachu. Ludzie praktycznie brak. W pobliżu ostatniego zdjęcia jest strome i wąskie zejście na plażę, rowery trzeba było nie bez obawy zostawić na górze. Wynagrodziła nam to jednak plaża, gdyż mieliśmy dla siebie lekko licząc około trzydziestu metrów piaszczystej przestrzeni. Dodatkowo czas umilał nam szum morza, pewna Pani z pieskiem, do którego wołała po grecku (którą także serdecznie pozdrawiamy!) i świadomość z dojechania do celu, zwykłego cieszenia się, że żyjemy oraz zimnego piwka. I tylu ciekawych pamiątkowych kamieni, ile dusza zapragnie. Zejście do morza jest w tym miejscu bardzo kamieniste, ale kawałek dalej przy molo jest już bardzo przyjemnie i nadal nie było dużo ludzi. Z nieskrywaną satysfakcją popatrzyłem przez lornetkę na plażę w Rewie, gdzie był człowiek na człowieku, a różnica między tymi miejscowościami to zaledwie kilka kilometrów! Pikanterii dodawał fakt, że nasze kochane sinice widać było gołym okiem, zaś ludzi w morzu co niemiara. 

Patrzyłem na torpedownie,ale zapomniałem jej zrobić zdjęcie. Też fajna, wygoogujcie sobie. Za mną Rewa i ludzie kąpiący się w sinicach.

I tak zakończyła się nasz pierwsza wspólna wycieczka, którą udokumentowaliśmy kilkoma zdjęciami. Nie były w żaden sposób przerabiane, bo nie umiemy i nam się nie chce. Będziemy dalej jeździć po pomorzu a może i dalej w poszukiwaniu mniej znanych i obleganych przez turystów miejsc. Droga powrotna przebiegła bez przeszkód i cali i zdrowi wróciliśmy do domu.

Bonus:

Jestę influencerę


Następny przystanek - kto wie?








Były sobie lisy dwa... Razy dwa

Pierwszy udokumentowany wypad dwóch nie tak znowu starych zgredów                                                             Takie tam wido...