niedziela, 26 lipca 2020

Pierwsza taka podróż - Mechelinki

Mechelinki

Klif w Mechelinkach

    Cześć! Jesteśmy Adam i Maksymiliana. Zaczęliśmy spisywać nasze podróże w formie bloga i zdjęć i postanowiliśmy, że podzielimy się swoimi trasami oraz przygodami z innymi podróżnikami. Preferujemy rowery, ale zdarzają się także podróże pociągiem. Zwiedzamy Pomorze na którym mieszkamy i szukamy mniej znanych w mainstreamie miejsc, które można zwiedzić. Ja, czyli Adam, także biwakuję i też będą się pojawiać tutaj relacje z moich samotnych wypraw. Zapraszam do czytania!

    Na pierwszy ogień postanowiliśmy się wybrać na klif w Mechelinkach, małej nadmorskiej miejscowości liczącej sobie zaledwie trzystu stałych mieszkańców (choć w sezonie liczba ta wzrasta zapewne kilkukrotnie). Będąc tam rok temu urzekła mnie przede wszystkim pustota nawet w środku sezonu. Kiedy w nieopodal leżącej Rewie nie można było znaleźć kilku ziaren piasku dla siebie, tak w Mechelinkach czekał na mnie niemal pusty pas plaży. W tym roku pojechaliśmy tam z Max, mając nadzieję na podobne wrażenia.

12 marca

    Swoją podróż zaczęliśmy ze stacji Wejherowo Śmiechowo, mając na względzie bliskość zamieszkania, ale jak najbardziej zachęcamy do wycieczki choćby pociągiem SKM, ponieważ nie tylko cel jest ważny, ale także droga, która ma być zarówno urokliwa jak i bezpieczna dla rowerzystów. Z Wejherowa do Mechelinek mamy dwadzieścia kilometrów w jedną stronę i przez cały ten czas praktycznie nie stykamy się z drogą uczęszczaną przez samochody. Ważne, aby ustawić nawigację, aby poprowadziła nas przez ulice 12 marca (jedyny etap przez las, gdzie jedziemy razem z autami).

Tędy ciśniemy

    Jak już wspomniałem, zależny nam także na ciekawej trasie do celu, a wydaje mi się, że podana tutaj jest chyba najciekawszą i dostarczającą najwięcej wrażeń. Bez trudu poradzi sobie z nią początkujący amator roweru lub dziecko. Jednym trasa zajmie więcej, innym mniej. Nam zajęło to około dwóch godzin z kilkoma przerwami na picie, jadąc naprawdę spokojnym tempem. Po etapie 12 marca musimy przejechać kawałek przez Redę,na szczęście jest całkiem wygodna ścieżka rowerowa. Zaraz potem wyjeżdżamy z miasta i zagłębiamy się w świat rowerowych przygód.

Widoczki naprawdę niczego sobie

    Teraz czeka nas kilka kilometrów po niezbyt wygodnych betonowych płytach, ale niekiedy obok nich pojawia się żwirowana ścieżka, która jedzie się nieco wygodniej. Jak widać, pogoda dopisała i na niebie tylko nieliczne chmurki pozdrawiały nas w trasie, a przyjemne ciepło grzało w plecy. Żyć, nie zdychać. I jedziemy tak sobie, aż na horyzoncie pojawi się duży uskok w wzgórzu i drogę przetnie nam asfaltowa ścieżka rowerowa, która jest najwygodniejszym etapem trasy. Można się albo rozkoszować widoczkami, albo przejechać następnych kilka kilometrów ,,na pełnym bucie". Dla nas dodatkową atrakcją był niezaplanowany pokaz akrobatycznego pilotowania samolotu zaledwie kilkaset metrów od nas. Ktoś chyba ćwiczył, pozdrawiamy serdecznie, bo pokaz był nieziemski. Korkociągi, beczki, pikowanie, brum brum wrum wrum. Miód na oczy. Pozdrowienia dla pilota. Dodatkowo warto się rozglądać, ponieważ po polach biegają lisy, patroni naszego bloga.

Gdzieś tam jest cel podróży


Ścieżka potrafi być tłoczna, ale jak widać nie zawsze

    Niestety, tak wygodna droga kończy się zdecydowanie za szybko. Potem znów czekają nas betonowe, nierówne podkłady, które będą się ciągnąć aż do Mechelinek. W dodatku droga jest po bokach bardzo zarośnięta, co ma swój urok, jeśli lubimy żreć garściami owady i świata poza nimi nie widzimy. Nie popełnijcie naszego błędu i zaopatrzcie się w okulary. Trzeba przetrwać ten odcinek, twardym trza być, nie miętkim. Ale w nagrodę w niedługim czasie dojeżdżamy do drogi, gdzie chodnikiem podzielonym na pół możemy dojechać już do samego serca miejscowości. Bywa ciasno, więc zalecam ostrożność. Właściwie gdy dojedziemy do ulicy możemy albo skręcić do Rewy lub na Mechelinki. Ja za Rewą lekko ujmując nie przepadam przez bardzo duży tłok porównywalny z najbardziej obleganymi trójmiejskimi plażami. No i sinic też nie lubię. Dużo rzeczy nie lubię. Dlatego jadę tam, gdzie jadę.

Zdjęcie zajumane z googli, ale w rzeczywistości jest podobnie...

... A nawet lepiej!
Piękna pogoda, jeszcze piękniejsza dziewczyna i piwko na klifie, czego chcieć więcej? Czteropak dla tego, kto znajdzie miejsce ze zdjęcia!

       Przede wszystkim polecamy zajrzeć na klif, który przewija się w zdjęciach z tej wyprawy. Dojście jest łatwe, choć żeby podjechać rowerem, trzeba mieć nogi ze stali. My mieliśmy z ołowiu, więc je prowadziliśmy. Za to na górze zaledwie trzy samochody, w tym dwa kampery, jeden z namiotem na dachu. Ludzie praktycznie brak. W pobliżu ostatniego zdjęcia jest strome i wąskie zejście na plażę, rowery trzeba było nie bez obawy zostawić na górze. Wynagrodziła nam to jednak plaża, gdyż mieliśmy dla siebie lekko licząc około trzydziestu metrów piaszczystej przestrzeni. Dodatkowo czas umilał nam szum morza, pewna Pani z pieskiem, do którego wołała po grecku (którą także serdecznie pozdrawiamy!) i świadomość z dojechania do celu, zwykłego cieszenia się, że żyjemy oraz zimnego piwka. I tylu ciekawych pamiątkowych kamieni, ile dusza zapragnie. Zejście do morza jest w tym miejscu bardzo kamieniste, ale kawałek dalej przy molo jest już bardzo przyjemnie i nadal nie było dużo ludzi. Z nieskrywaną satysfakcją popatrzyłem przez lornetkę na plażę w Rewie, gdzie był człowiek na człowieku, a różnica między tymi miejscowościami to zaledwie kilka kilometrów! Pikanterii dodawał fakt, że nasze kochane sinice widać było gołym okiem, zaś ludzi w morzu co niemiara. 

Patrzyłem na torpedownie,ale zapomniałem jej zrobić zdjęcie. Też fajna, wygoogujcie sobie. Za mną Rewa i ludzie kąpiący się w sinicach.

I tak zakończyła się nasz pierwsza wspólna wycieczka, którą udokumentowaliśmy kilkoma zdjęciami. Nie były w żaden sposób przerabiane, bo nie umiemy i nam się nie chce. Będziemy dalej jeździć po pomorzu a może i dalej w poszukiwaniu mniej znanych i obleganych przez turystów miejsc. Droga powrotna przebiegła bez przeszkód i cali i zdrowi wróciliśmy do domu.

Bonus:

Jestę influencerę


Następny przystanek - kto wie?








Były sobie lisy dwa... Razy dwa

Pierwszy udokumentowany wypad dwóch nie tak znowu starych zgredów                                                             Takie tam wido...